Przez modem do serca

Elżbieta Gwóźdź

  Autor:
Opublikowane w Zdrowie i psychologia / Seks i związki

Przez modem do serca

Temat poszukiwania miłości w Internecie niemal zawsze pociąga za sobą pytanie: czy warto? Czy partner znaleziony przez wyszukiwarkę może być tak samo realny, jak ten poznany w pracy, szkole albo w restauracji?

Miłość z Internetu – dawno temu mogła być zaledwie motywem przewodnim futurystycznej prozy. Nie tak dawno temu Janusz L. Wiśniewski zrobił z niej swój największy bestseller, a widzowie rozckliwiali się nad historią Kathleen i Joe z „Masz wiadomość”. Dziś nie budzi już takich emocji. O miłości z Sieci można napisać książkę albo scenariusz filmowy, ale czy sprzeda się tak dobrze? Miłość z Sieci jest normą, tak jak internetowe zakupy. Tyle, że nie dajemy jej tak wielu rekomendacji podczas spotkań ze znajomymi. Koleżanki powiedzą: „zamów te perfumy przez Internet, wyjdzie taniej”, ale już niekoniecznie „znajdź sobie kogoś w portalu randkowym, będzie prościej”. A jednak szukamy, czasem nie przyznając się do tego przed bliskimi (dlaczego? Bo stawia nas to w pozycji nieudaczników? Odziera relacje z romantyzmu? W końcu jak to brzmi – „poznaliśmy się przez Internet”, zamiast „spotkaliśmy się w bibliotece, chciał wypożyczyć tę samą książkę, co ja”).

Jeśli sami nie mamy podobnych doświadczeń, weźmy pod lupę swoich przyjaciół, bliskich, znajomych. Na pewno jest wśród nich choć jedna para, której przygoda nie zaczęła się przypadkiem na dworcu kolejowym, ślubie kolegi ani na koncercie, ale właśnie w Internecie – gdzie najpierw trzeba było dokonać selekcji i zapłacić za dostęp do bazy danych.

Może więc nie trzeba już pytać, czy Internet to dobre miejsce na szukanie miłości, ale raczej dlaczego ludzie szukają miłości przez Internet, choć jest ku temu co najmniej kilka przeciwwskazań?


Nieznajomy z Internetu to nie to samo, co nieznajomy z ulicy

Czasem jako pierwsza nasuwa się myśl, że portale randkowe to miejsca dla wszelakiej maści degeneratów, dewiantów i dziwaków. Zawieranie wirtualnych znajomości może kojarzyć się negatywnie, chociażby przez głośne kampanie społeczne i akcje przeciwko pedofilom w Sieci. Pozostawiają one w naszych głowach obrazek siedzącego przed komputerem niechlujnego mężczyzny, który pod niewinnym pseudonimem nawiązuje kontakt z małoletnią ofiarą. Stąd uprzedzenie, że my sami – dorośli i doświadczeni – możemy również stać się, jeśli nie ofiarami zboczeńców, to co najmniej oszustw i niedopowiedzeń. Bo nigdy nie mamy pewności, kto siedzi po drugiej stronie. I choć to wyświechtana fraza, jej ostrzegawczy ton nadal zabrania nam wierzyć w prawdziwość przekazywanych nam informacji.

Oszustwa w Internecie są nagminne. Ale według badań, choć kłamiemy często, to w mniej istotnych sprawach, niż się wydaje. Zazwyczaj odejmujemy sobie lat i kilogramów, a dodajemy wzrostu i cyfr do miesięcznych dochodów. Podkolorowane przez nas informacje nie różnią się znacznie od stanu faktycznego. Są jednak i tacy, którzy kłamią totalnie, na przykład udostępniają, jako swoje, zdjęcia innych osób – atrakcyjniejszych i młodszych. Niektórzy w Internecie zmieniają płeć. Takie ekstremalne oszustwa czynią z portali randkowych już nie tylko miejsce służące poznawaniu nowych ludzi, ale też przestrzeń do funkcjonowania w iluzji na temat samego siebie.


Niebezpieczeństwo i pokusa wyobrażeń

Okazuje się jednak, że pokusa życia w iluzji jest atrakcyjna nie tylko dla tych, którzy kłamią. Prawie każdy poradnik na temat udanego randkowania w Sieci przestrzega przed ujawnianiem wszystkich danych na swój temat. Bo jak twierdzą specjaliści od relacji międzyludzkich, niedopowiedzenia czynią nas atrakcyjniejszymi w oczach pozostałych użytkowników. Ci mogą w brakujące elementy naszego życiorysu włożyć dowolną wizję i cechę osobowości. My dajemy im tylko kontury, oni wypełniają środek.     Jak pisze włoska badaczka Fabrizia Mantovani, relacje wirtualne charakteryzują się dzięki temu specyficznym czarem i są jednak niepowtarzalne: „Jest więc specjalnie miejsce na mówienie nie mówiąc, na wieloznaczność, niedomówienia i niedopowiedzenia, czyli te wszystkie formy zaburzonej komunikacji, które mają główny wpływ na atrakcyjność w Internecie”.

Wirtualny związek ma to do siebie, że zachodzi w głowie. I czasem wiadomo od początku, że poza tę wyobrażoną sferę nie wyjdzie. Użytkownikom wystarczy czat, niekiedy maile i SMS-y. Nie potrzebują cielesności, ich zaangażowanie fizyczne w kontakt jest marginalne. A jednak cyberprzestrzeń potrafi zrodzić niesamowicie zażyłą więź. Zwraca na to uwagę Aaron Ben-Ze’ev, autor głośnej książki Miłość w Sieci. Internet i emocje. „Wyobraźnia umożliwia ludziom postrzegać samych siebie jako oderwanych od ciała, co wyzwala ich na tyle, że mogą wykonywać działania, których by nie podjęli w prawdziwej, cielesnej bliskości swojego partnera online. Silną bliskość emocjonalną osiąga się dzięki temu, że nie przeszkadza w tym ciało, będące źródłem moralnych i psychicznych barier w związkach uczuciowych. Możliwość pozostawienia ciała w domu ułatwia korespondującym ujawnienie swoich myśli i otwarcie umysłów” – pisze Ben-Ze’ev.

Jednak taka relacja, nawet najbardziej intymna i emocjonalna, przestaje istnieć zazwyczaj po kilku miesiącach, o ile nie zostanie przeniesiona do świata realnego. A mimo wszystko, większość użytkowników portali randkowych zakłada w nich konto raczej z zamiarem poznania kogoś i spotkania się z nim w rzeczywistości. Prawdziwa miłość – to tego szukają. I tu znów wracamy do punktu wyjścia, zadając sobie pytanie – dlaczego akurat w Internecie?

Skoro już przerobiliśmy kłamców i dewiantów, pozostaje nam jeszcze jedna stereotypowa odpowiedź. Internet to przystań dla osób mało odważnych, nieśmiałych, wręcz zakompleksionych, które mają problem z wyrażaniem zainteresowania w tradycyjny sposób. Dla mężczyzn, którzy nigdy nie poderwą kobiety ze stolika obok, dla kobiet, które na samą myśl o rozmowie w cztery oczy z mężczyzną zapominają języka. To proste – Sieć nie wymaga od nikogo brawurowej odwagi, daje czas do namysłu nad kolejnym zdaniem, minimalizuje zakłopotanie. Co wcale nie oznacza, że w czasie internetowej rozmowy nie pocą nam się ręce, nie przyspiesza tętno, a policzki nie pokrywają się rumieńcem. Ale nikt nie zobaczy nas w takim stanie i na tym opiera się przewaga wirtualnych zalotów.

Ci, dla których nawiązywanie nowych kontaktów nigdy problemem nie było, bo z natury są śmiali lub partnera wyłonili z grupy dobrych znajomych, mają często pogardliwy stosunek wobec szukających miłości online. Wysokie poczucie własnej wartości (ugruntowane głównie przez powodzenie u płci przeciwnej lub adorowanie i wierność ze strony stałego partnera) skłania ich do myślenia, że portale randkowe są ostatnią deską ratunku dla desperatów. Dla tych, którzy nie grzeszą ani urodą, ani nie mają za grosz pewności siebie, by braki w fizjonomii móc nadrobić charyzmą i tym przykuć uwagę. Tylko czym jest wówczas dla nich Internet, jeśli nie drogą ku pogłębianiu swoich frustracji? – Trochę rozumiem użytkowników serwisów randkowych, a trochę się o nich boję. – przyznaje Ania, aktualnie singielka. – Sama mam paru znajomych, którzy są zupełnymi nieudacznikami w kontaktach damsko-męskich. Prywatnie to fantastyczni ludzie, ale pewnie czują się tylko wśród swoich. Nie dziwi mnie, że takie osoby uciekają do Internetu w poszukiwaniu randki. Tam nie spalą rozmowy po pięciu minutach. Zdążą kogoś sobą zaciekawić. Tylko co będzie, jak już zechcą spotkać się z tym kimś w realu? Nagle spadną z nich wszystkie kompleksy? Zapomną o poczuciu przeciętności, które zawsze utrudniało im kontakty na żywo? Myślę, że wręcz przeciwnie – odczują presję dwa razy mocniej.


Gdzie celowość przekreśla romantyzm

Osoby, które nigdy nie romansowały w Sieci mają jeszcze inne obawy i obiekcje wobec tego zwyczaju. – Nie rozumiem ludzi, którzy w portalach randkowych widzą szansę na zakochanie się. W dodatku takie prawdziwe, z fajerwerkami i całym romantyzmem. Bo co niby jest romantycznego w tym, że ktoś wyśle mi „zaczepkę” albo spyta czy mam ochotę popisać? – zastanawia się Piotr, od trzech lat żonaty z partnerką poznaną na studiach. – Nie kwestionuję sensu istnienia takich serwisów. To świetne miejsca dla ludzi, którzy chcą się zabawić i na każdą randkę, których mają w ciągu roku dziesiątki, wyjść z kimś innym. Staram się nie oceniać takiego zachowania, ale radziłbym ostrożność tym, którzy liczą na znalezienie w Sieci miłości swojego życia.

Ostrożność doradzają też ci, którzy relacje wirtualne mogą akurat zaliczyć w poczet swoich doświadczeń. Tych złych. Mnóstwo użytkowniczek portali randkowych ma za sobą znajomość z żonatymi mężczyznami, którzy w Internecie szukali wytchnienia od żon i dzieci. Skrzętnie ukrywając fakt posiadania rodziny. Internauci wspominają z zażenowaniem także innego rodzaju rozczarowania – na przykład, kiedy partner wielotygodniowych rozmów okazywał się nie być nawet w połowie tak atrakcyjny, na jakiego kreował się online.

Byli oraz aktualni użytkownicy serwisów randkowych mają więc przeważnie jedną radę dla początkujących, i dla tych, którzy zastanawiają się czy warto zakładać konto. Odpowiedź zwykle brzmi: warto, ale trzeba podchodzić do tego z rozsądkiem, dystansem i nie zrażać się porażkami. Może zająć trochę czasu, zanim trafimy na kogoś wartościowego, z kim w dodatku połączy nas mentalne powinowactwo. Do tego momentu przez naszą skrzynkę odbiorczą mogą przetoczyć się wiadomości od różnego rodzaju ludzi, począwszy od desperatek „na już” szukających mężów, aż po mężów szukających naiwnych desperatek. Ale podobno znalezienie w Sieci prawdziwej miłości jest możliwe, co więcej – w dzisiejszych czasach to nawet zaskakująco częste. – Zarejestrowałam się na portalu randkowym, bo od pewnego czasu bardzo doskwierała mi samotność – opowiada Magda, obecnie w dwuletnim związku. – Po bolesnym rozstaniu z dotychczasowym chłopakiem, przez kilka miesięcy byłam singielką. Pamiętam, że konto w serwisie założyłam w Wigilię. Korzystając z chwili wolnego, mogłam odpowiadać na „oczka” puszczane mi przez zainteresowanych użytkowników. Po kilku dniach w taki sposób zaczepił mnie Tomek. Na zdjęciach wydawał mi się bardzo przystojny, więc bez namysłu odezwałam się do niego w wiadomości prywatnej. Nie minęło kilka kolejnych dni, a zaczęliśmy ze sobą sms-ować. Po tygodniu ciągłego pisania umówiliśmy się. Podczas spotkania nie tylko okazało się, że mamy wspólnych znajomych i bywamy w tych samych miejscach, ale nawet, że mieszkamy całkiem niedaleko siebie. W dodatku Tomek także założył swoje konto w Wigilię.

Magda mówi o początkach swojego związku z dużym podekscytowaniem. Fakt, że poznała Tomka w Sieci, nie jest dla niej powodem do wstydu. Przeciwnie – podkreśla, że uwielbia opowiadać tę historię. Pamięta ją dokładnie z uwzględnieniem wszystkich dat i towarzyszących temu emocji. Czy byłaby bardziej romantyczna, gdyby spotkali się na ulicy albo w pubie? Trudno powiedzieć, bo bez Internetu mogliby się przecież nie spotkać nigdy.


Utopia nieprzebranych możliwości

Internauci, którzy uczestniczyli w wirtualnym flircie lub poznali w Sieci kogoś interesującego (a przynajmniej wiedzą, że istnieje na to szansa), dużo mniej sceptycznie podchodzą do nawiązywania tego typu kontaktów. Ale także osoby, które nie mają podobnych doświadczeń, traktują randkowanie w Sieci, po prostu, jako alternatywny sposób nawiązywania znajomości. – Ludzie odwiedzają nawzajem swoje profile i na tej podstawie umawiają się albo nie. Wszystko przebiega w zasadzie tak samo jak poza Siecią, tylko wcześniej mamy już jakieś konkretne informacje na temat interesującej nas osoby, w zależności od tego, co sama na swój temat udostępniła. – przyznaje Marcin, który choć nigdy nie posiadał konta w serwisie randkowym, nie widzi w tym nic dziwnego.

Popularne serwisy randkowe są więc nie tylko miejscami, w których można nawiązać długotrwały, wirtualny romans. Coraz częściej mają nam jedynie ułatwić pierwszy krok, a potem wszystko przebiega tak samo, jak w znanym każdemu, tradycyjnym scenariuszu.

Ulrich Beck i Elisabeth Beck-Gernsheim w swojej książce Miłość na odległość. Modele życia w epoce globalnej tłumaczą, że ludzie szukają uczucia w Internecie, bo mają dzięki niemu dostęp do relatywnie większej ilości osób, które w dodatku także są zainteresowane poznaniem kogoś nowego. „Charakterystyczne dla doboru partnera jest dziś to, że zakres możliwości niebywale się poszerzył. Mówiąc zwięźle, świat barier dla miłości, stał się światem okazji do miłości (…) O ile niegdyś góry czy wąwozy pomiędzy jedną a drugą wsią bardzo utrudniały kontakty, w związku z czym życie toczyło się w obrębie najbliższego sąsiedztwa, o tyle dziś świat życia nabrał przestrzeni (…) Wyszukiwarka dostarcza bezpośrednio do domu, względnie na laptopa, oferty z całego świata, odświeżające się co minutę. Wraz z rozwojem Internetu pokusy rosną w nieskończoność. Oto otwiera się raj nieograniczonych możliwości”.

Wygląda więc na to, że nie powinniśmy wątpić w autentyczność miłości zapoczątkowanej w Sieci, o ile taka miłość wychodzi później poza jej ramy. A jeśli tak się dzieje, to dołączanie do społeczności portali randkowych jest nawet zdroworozsądkowo i ewolucyjnie uzasadnione – skoro zwiększa nasze szanse na poznanie lepszego partnera. Mówiąc kolokwialne, nieważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy. Internetowe podrywy i flirty mogą jednakże rodzić pewne niebezpieczeństwo w przyszłości. Gdy ich powszechność i łatwość pogrąży tradycyjną płaszczyznę poznawania nowych ludzi. A już dziś wielu mężczyzn (choć kobiet również, odkąd i im należy się przywilej inicjowania znajomości) wzbrania się przed spontanicznym gestem, uśmiechem, o zagadnięciu na żywo atrakcyjnej osoby nie wspominając, i stwierdza, że znajdzie ją później na Facebooku, Tinderze albo lokalnym Spotted.
 

Tagi (3): , ,
Oceń artykuł
Słaby  
Dobry
Ocena: 2.74/5 (37 ocen)

Podobne artykuły

Komentarze


Podaj trzecią, czwartą i siódmą literę z nazwy naszego serwisu:*
* Pola wymagane.


Komentowany artykuł:
Przez modem do serca: